|
piątek, 25 września 2009
Szkoda, że nie da się uciec od siebie samego. Bardzo wielka szkoda :(
I szkoda, że choć na trochę nie mogę się zaszyć na bezludnej wyspie.
Moja rodzinko kochana - dajcie mi wszystcy święty spokój!!!!
Wasze słowa, czyny, gesty bolą mnie bardzo. Kręcicie mną jak g...m w przeręblu i wykorzystujecie moją słabość, ale nie mam się jak odezwać, bo natychmiast się obrażacie. I albo krzyczycie, że znowu nie wiadomo o co mi chodzi, albo się odcinacie i zamykacie w sobie. A to wszystko jest karą za to, że ośmieliłam się powiedzieć, że coś jest nie halo. Bo to ZAWSZE ja jestem tą ZŁĄ!
Więc zostaje mi tylko zaciskać zęby i jak najmniej się odzywać.
poniedziałek, 08 października 2007
Różne takie
Jak niektórzy z was może wiedzą szukam pracy. Szukam jej intensywnie od połowy sierpnia, kiedy to po powrocie z urlopu "na dzień dobry" dostałam od szefa informację, ze przenosi moje stanowisko do stolycy. Nie zliczę ile cefałek wysłałam i na ile ogłoszeń odpowiedziałam. I niby znalazłam pracą ( własnie z niej piszę), ale to naprawde nie jest praca z moich snów. Jest niestety tak jak sie obawiałam po pierwszej wizycie w biurze firmy. Zimno, nudno i w większości czasu samotnie, bo jedna właścicielka jest cały czas poza biurem a druga wpada na godzinkę, dwie lub trzy. Do tego płaca taka sobie i godziny pracy tez niezaciekawe, bo pon-pt 10-18 a w sobotę 11-15. Jedyny plus jest taki, ze pracuję w centrum, przy jednej z głównych ulic a dojazd rano zajmuje mi około pół godziny. Wobec powyższego szukam dalej i nadal wysyłam odpowiedzi na ogłoszenia. A i pracodawcy do których wcześniej wysyłałam papiery czasem dzwonia. Tak było w piatek i w rezultacie byłam dziś na rozmowie kwalifikacyjnej. Niestety dochodzę do smutnego wniosku, ze chyba polscy pracodawcy nie umieją ogłoszeń sformułować. Bo już w paru rozmowach okazało się, że inne warunki i obowiązki były podane w ogłoszeniu, a inne miałyby być naprawdę, albo że te które sa podane stanowią tylko część prawdziwych. Do tego poziom płac w Łodzi jest naprawde niski. Wymagania ze hoho a płaca nieomal minimalna. Grunt to się nie zrażać i nie poddawać. Narazie jestem tu gdzie jestem i myślę, że jesli nie wydarzy sie nic nieprzewidywanego (np jakaś superancka praca z rewelacyjną płacą) to jakies pół roku do roku tu popracuję a potem może zrealizujemy plan wyjazdu na trochę za granicę. ******* W sobotę byliśmy na uroczystym otwarciu nowej siedziby firmy, w której Brzydal pracuje. Przed południem była oficjałka - cięcie wstęgi, zwiedzanie hali i oglądanie maszyn. Wreszcie zobaczyłam gdzie i w jakich warunkach pracuje, bo wcześniej miałam mgliste nieco pojęcie na podstawie opowiadań. Muszę stwierdzć, że jest tam w miarę fajnie a i zaplecze socjalne maja nienajgorsze. Potem obżarliśmy sie dobrych rzeczy i napiliśmy winka. A wieczorem był bankiet. I miałam mozliwość poznania kolegów i przełozonych. No super ludzie. Nawet prezes przysiadł sie do naszego stolika. Oczywiście panowie rozmawiali głównie o pracy. Do tego nasłuchałam się "strasznej" ilości komplementów pod adresem Brzydala. Niestety ;) on je też słyszał i "urósł" mi na 3 metry wzwyż ;), ale to było naprawdę miłe. Muzyka była całkiem miła, jedzonko dobre. Kto chciał i mógł tańczył do upadłego. My nie tańczyliśmy, bo "tańcowni" nie jesteśmy a ja mam żałobę po dziadku. Ale naprawdę dobrze sie bawilismy. Do dziś jestem niewyspana, ale było warto. No i z okazji tej imprezy "rozdziewiczyłam" Manufakturę po względem zakupu odzieży. I pierwszy raz coś kupiłam w H&M.
piątek, 05 października 2007
Po długiej ciszy... 4!
4 miejsca w których pracowałam: Będzie tego trochę więcej, bo już w liceum i na studiach miałam dorywcze, ale całkiem poważne prace. Prace wakacyjne ( w kolejności) : firma polonijna - pracownik taśmy pakujacej owoce mrożone, Kelnerowanie na wczasach dla pracowników fabryki silników, hurtownia drobiu ( nigdy w życiu tyle kasy w rekach nie miałam, co tam
1. Oczywiście mieszkałam z rodziną, 4 miejsca, które odwiedziłam: 1. Francja 4 ulubione potrawy: 1. Pierogi z kapustą i grzybami - dla nich bym zabiła. 4 znienawidzone potrawy: 1. Flaki 4 miejsca, w których wolałabym być teraz: Pod ciepła kołderką. Na tropikalnej wyspie leżeć na plaży i popijać drinka z parasolą lub pluskać się w cieplusim morzu. Włochy ( i pyszne jedzonko). Grecja ( i pyszne owoce) 4 blogujące znajome wyrwane do odpowiedzi: Kkkara, Dżib, Wrzosio, i ... zabrakło mi czwartego do brydża ;P PS. Za namową, nie powiem kogo, wywołuję jako czwartą osobę Siekierkę :)
wtorek, 29 maja 2007
Do szefa
Gorąco! Upał! A ja zamiast leżeć gdzieś w cieniu nad wodą, moczyć tyłek i popijać drinki z parasolkami, duszę sie w biurze w temperaturze ok 30 stopni, bez cienia przewiewu :\ Ja to jednak porypana jestem :\ Powinnam tą robotę cisnąć "w diabły", wypiąć się na szefa i koleżeństwo, i mieć wreszcie trochę odpoczynku. Tym bardziej, że kiedy wreszcie szef pojawił się u nas w Łodzi na dwa dni, większość czasu spędził na gadaniu o pierdołach i "dupie Maryni", a na cywilizowaną i normalna rozmowę ze mną czasu nie znalazł. Skończyło się tym, że rozmawiałam z nim kiedy już wyjeżdżał i szedł w tym celu do samochodu. Efekty? Nad podwyżką się zastanowi, przekalkuluje i zobaczy czy go będzie stać. Natomiast na wyższą kwotę na umowie o pracę nie mam co liczyć. Mój sprytny plan z kredytem na zamianę mieszkania nie "wypalił" ponieważ szef stwierdził, że mam powiedzieć jak będę potrzebować, to wtedy z datą wsteczną napisze się mi na liście płac jakieś dodatkowe pieniądze. Dziękuję bardzo szefie! :] Dzięki panu wiem co mam riobić! To mnie nie stać na pracę w pańskiej firmie. Raz, że atmosfera do bani, bo szanowna koleżanka odkąd zdała egzamin licencjacki (podobno na pięć - ale kto to sprawdzi?) jeszcze bardziej zadziera nosa i zachowuje się jak udzielna księżna. Dwa, że już kiedyś długo pracowałam w firmie, w której ubruttowienie wynagrodzenia było uzależnione od poprawy sytuacji firmy. Skończyło się to tym, że firma (decyzją właściciela) została zlikwidowana, a ja wylądowałam z około 400 zł zasiłku chorobowego. Normalnie, kuffa, nie wiedziałam co zrobić z tą oszałamiającą kwotą :\ Mniej samochodów niech pan kupuje szefie i mniej dupę wozi po Seszelach i innych tropikach, a będzie pana stać na zapewnienie pracownikom godziwych warunków płacy. Bo w tej chwili, to pan mnie okrada. Ja panu nie żałuję tych wyjazdów, szefie! Niech pan sobie jeździ. Tylko, że ja na emeryturze będę zdychać z głodu, bo pan sobie wypoczywał. Każdemu może pan zapłacić więcej niż dostaje oficjalnie.* Każdemu z moich biurowych kolegów, ale nie mnie! No to za dwa-trzy miesiące się przekonamy jak moi wspaniale opłacani koledzy i pan będziecie sobie radzić. Tylko najpierw wykorzystam urlop wypoczynkowy. Latem! I nie będę odbierać telefonów. Możecie sobie dzwonić ile tylko chcecie. Będzie wyłączony. Radźcie sobie. Przyzwyczajajcie się, bo mnie tu już niedługo nie będzie. * informacja uzyskana z pewnego źródła. Od kolegi, który takie dodatkowe wynagrodzenie dostaje. A jak on dostaje, to nie sądzę by moja "cudowna prawa ręka szefa" koleżanka nie dostawała :]
czwartek, 10 maja 2007
Bez tytulu (bo nie mam pomysla)
Tak a propos tej dyskusji: Asła wkurzają "pocieszacze", a mnie do białej gorączki doprowadzają osoby (głównie kobiety), które z troską w głosie pytają się kiedy będziemy mieć dzieci i czy o tym myślimy. Nosz urrwał nać, to chyba nie ich sprawa, prawda?! W tym tygodniu przeprowadziłam właśnie z jedną z koleżanek ( posiadającą dwójkę dzieci, wielkie mieszkanie na strzeżonym osiedlu, dwa samochody itp.) rozmowę na ten temat. Już wcześniej (składając mi smsem życzenia świąteczne) zadała mi to pytanie. Zignorowałam to, ale tym razem nie miałam takiej możliwości. Oczywiście „życzliwie” dodała, że młoda nie jestem i powinnam jak najszybciej urodzić. Kiedy stwierdziłam, że pytanie jest nie na miejscu i że może w ogóle nie planujemy, w odpowiedzi usłyszałam, że jesteśmy strasznymi egoistami, że należy się rozmnażać, a nie tylko podchodzić konsumpcyjnie do życia… Strasznie mnie wpieniła. Miałam ochotę nie dyskutować z nią więcej. No bo co to kuffa kogo obchodzi? To tylko nasza i wyłącznie nasza sprawa kiedy i czy w ogóle dzieci mieć będziemy, prawda?
A z życia codziennego : wybaczcie milczenie na blogu, ale (będę się powtarzać) brak czasu powoduje, że nic nie piszę. Kiedy tylko mamy chwilę wolnego, to albo gdzieś pędzimy, bo coś jest do zrobienia (wszystkie wolne dni majowe oraz łikend przed spędziliśmy na działce – ja porządkując, myjąc itp., a Brzydal kładąc płytki na werandzie), albo te naprawdę nieliczne zupełnie wolne chwile wolimy poświęcić sobie. Nawet udało nam się spędzić cały jeden dzień na błogim lenistwie w łóżku. Pod koniec kwietnia widziałam się z siostrą, która przyjechała na parę dni do Polski. Stwierdzam obiektywnie, że zupełnie jej odbiło i tylko modlę się o to żeby kiedyś tego nie żałowała. Nie chciała się absolutnie spotkać z rodzicami. Stwierdziła, że nie widzi powodu. Potem, po rozmowie telefonicznej, przyszła do pracy ojca porozmawiać z nim, tak jakby to było najwłaściwsze miejsce do rozmów. Oczywiście nie przyszła sama. Na wieść, że dziadek jest umierający i zostało mu się parę (oby) miesięcy życia, wzruszyła ramionami. „Oczywiście. Bardzo by chciała się z dziadkiem zobaczyć, ale nie ma jak”. Oczywiście główną „przeszkodą” była mama. Jest jej w Irlandii bardzo dobrze, zarabia sporo pieniędzy, do pracy ma bliziutko, bardzo jej tam pasuje, już nie może doczekać się powrotu, właściciel, który wynajmuje im dom przywiózł im za darmo dvd, komputer, wieżę i jeszcze inne rzeczy ( „bajer to my, ale nie nas” :\). Moje pytanie o naukę (podobnie jak ojcowe) zbyła milczeniem. Ogólnie była w Polsce parę dni, na kontakt z rodziną poświęciła mniej niż minimum czasu i pojechała. Niech jej się mimo wszystko wiedzie.
I tyle…
środa, 14 marca 2007
O "niemyśleniu" facetów i innych takich.
Ostatnio Asł prowokuje mnie do intensywnego myślenia. A tym razem udało się jej nakłonić mnie do napisania notatki :))) Złe emocje, złe emocje... niech pomyślę chwilę. Ostatnio też miałam ich całkiem sporo. Przez chyba trzy tygodnie chodziłam zdołowana, byle pierdoła powodowała u mnie stan irytacji, wkuffu i napady przygnębienia. Podejrzewam, że było to po części efektem zmiany pigułek (po poprzednich dobrze się czułam za to miałam i jeszcze trochę mam problemy ze skórą), po części długotrwałym przeziębieniem (od grudnia :\ nie mogę się wyleczyć), po części brakiem papierosów i w pewnej części zmianą mojej prywatnej sytuacji. Dobrze nam ze sobą. Nie kłócimy się, nie skaczemy sobie do oczu. Staramy się natychmiast mówić o tym co nas irytuje i ustalić jakiś kompromis. Tylko, że mnie to niestety nie zawsze wychodzi. To ja jestem tą strona w tym związku, która zastanawia się, wcześniej zanim coś zrobi, że to co powie i zrobi może kogoś zranić. I stara sie tego uniknąć. I czasami przez to czuję się nieco pokrzywdzona, że nic nie mówię Brzydalowi i jak tak może być, że on nie zauważa, ze coś jest nie tak. No przecież powinien zauważyć. A prawda jest taka, że jak to kiedyś T. powiedział "mężczyzna jest prosty jak konstrukcja cepa" (cycat niedokładny) i większość rzeczy trzeba łopatologicznie wytłumaczyć, poprosić, powiedzieć. Tyle, że ja ostatnio byłam ( i nadal trochę jestem) przemęczona. I na gadanie nie miałam siły ani ochoty (więc mojemu przygnębieniu byłam w jakiejś części sama sobie winna :\). Trochę trudno jest mi się przyzwyczaić do tego, że mam jednak sporo więcej obowiązków i rzeczy do zrobienia. Że zaraz po pracy gnam do domu robiąc po drodze zakupy, że w domu rzucam sie do kuchni by ugotować obiad, że potem trzeba pozmywać. Że trzeba sprzątnąć mieszkanie by nie kurz nas nie przygniótł, a przy dwóch osobach znacznie więcej się brudzi niż przy jednej. Nie mówię, że Brzydal mi nie pomaga, bo pomaga, ale czasami trzeba o potrzebie pomocy powiedzieć. I czasami mnie to irytuje, że nie pomyślał, że musiałam prosić, że dlaczego on nie pamiętał lub nie widział, że coś jest do zrobienia. Albo strasznym, wewnętrznym wkuffem i równoczesnym żalem (oraz lekkim poczuciem krzywdy) reagowałam na sytuacje kiedy ja coś zaczynałam robić i słyszałam stwierdzenia : przecież ja miałem pozmywać, sprzatnąć, etc. I wtedy miałam ochotę wypalić "to czemu tego nie zrobiłeś?" Ale łojtam, łojtam jak mawia koleżanka Asł. Było i w większości już minęło. W sobotę tak mi sie już nazbierało ("kielich goryczy" przepełnił "żal i poczucie krzywdy", że z własnej woli wstałam o 5.40 by zrobić T. śniadanie i kanapki do pracy), że się porządnie wyryczałam, potem jeszcze trochę pospałam i teraz jest ok z samopoczuciem. Asł pytała się czemu piszemy blogi i co nami kierowało kiedy zaczynaliśmy je pisać. Ja potrzebowałam miejsca gdzie mogłabym się od czasu do czasu wygadać, takiego niewielkiego "wentyla bezpieczeństwa". Blog założyłam w chwili kiedy byłam sama i nie miałam komu zwierzyć się ze swoich problemów, emocji. Napisanie notki raz na jakiś czas pomaga mi w uporządkowaniu moich odczuć, przemyśleń. Pomimo tego chaosu, który w tekście notatek panuje ;))) Nie umiem dobrze pisać, skaczę z kwiatka na kwiatek, ale i tak mi to pomaga w "porządkach". Jeszcze raz nawiązując do Asła i ostatnich notatek na jej blogu Ale ten temat jeszcze dogłębnie przemyślę...
piątek, 02 marca 2007
Wywołała mnie Joanka
Kkkaro nie jesteś ostatnia. Ostatnia jestem ja ;P Musiałam się zastanowić, bo tajemnic jako takich ( a już w szczególności mrocznych) nie mam. 1. Kiedy moi rodzice poinformowali mnie, że będę miała rodzeństwo, to wyraziłam zgodę ( i nawet umiarkowaną radość) pod jenym wszakże warunkiem, że będzie to brat. Niestety urodziła sie siostra. A ja całłą noc przeryczałam i miałam pretensje do Boga, że ja byłam taka grzeczna i tak bardzo go prosiłam o brata, a on co? 2. Podobnie jak Wrzoś wcześnie zaczęłam się "zakochiwać". Moja pierwszą "wielką" miłością był syn sąsiadów mojej ciotki z Lipiec. Ja miałam 3 lub 4 lata a on koło 20. Ale mówił na mnie "moja narzyczona". A jak brał ślub, to z rozpaczy, na jego weselu napchałam sie róznymi słodyczami a potem wymiotowałam pod płotem. 3. Pierwszy raz całowałam się z chłopakiem w wieku 17 lat. A seks uprawiałam pierwszy raz tuż po 29 urodzinach. Tak się złozyło, ze po "wyczynach" mojego pierwszego faceta długo nie miałam ochoty wogóle spotykać się z kimkolwiek. 4. W markecie we Francji zwinęłam plastikową kosmetyczkę od zestawu kosmetyków. Bez kosmetyków :] 5. Jestem strasznie leniwa. Czasami mam tak, że mam ochotę nic, ale to absolutnie nic, nie robić. Chciałabym być wtedy gdzieś sama, leżeć całe dnie w łóżku i tylko spać. Nawet myśleć mi się wtedy nie chce. Jedyne co wtedy chcę, to spać. W takie dni irytuje mnie każdy kto cokolwiek chce ode mnie. Nawet jakąś pierdołę. Mam wtedy ochotę krzyczeć by zostawili mnie wszyscy w spokoju. Nic więcej nie wymyślę. Nie przekazuję dalej, bo nie mam komu. Update : jednak mam komu :) Ireth, Dżibril, Tarkus - do spowiedzi wystąp ;)
piątek, 09 lutego 2007
Uprzedzam lojalnie, że dużo będzie...
Hmmm, od czego by tu zacząć... Siedzę sama w domu, zupka się gotuje i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu mam więcej niż chwilę by tu coś skrobnąć. Część I - Ślub. Jak już wiecie ( niektórzy nawet byli, brali w tym udział i widzieli na własne oczy) ślub odbył się tydzień przed świętami grudniowymi. Choć nie robiliśmy wielkiego wesela, a tylko przyjęcie dla -nastu osób, roboty mieliśmy strasznie dużo. Powiem tylko, że samych uszek do barszczyku ulepiliśmy w trójkę ( z mamuśką) ponad 200. W tym miejscu muszę naprawdę bardzo, bardzo pochwalić Brzydala. W sobotę, kiedy ja oddawałam się torturom upiększającym u fryzjera i kosmetyczki, on rozstawiał stoły i zastawę, kroił wędlinę i robił całe mnóstwo innych rzeczy. Ja przyszłam na "gotowe". Na ślubie zaskoczyła nas ilość Błaznów. Nigdy bym się nie spodziewała, że aż tyle osób z Wieży się pojawi. Dla ciekawych- wyglądaliśmy tak :
I tak :
Przyznam się szczerze, że reszta dnia ( po złożeniu przysięgi) nieco mi umknęła. Pamiętam życzenia, picie szampana, imprezę w domu, ale tak bardzo ogólnie. Dopiero kiedy goście "domowi" się zwinęli dołączyliśmy do doborowej, wieżowej, kompanii, która się chyba nieco nudziła ;)
Gości było dużo, dużo więcej, ale zdjęć wszystkich nie będę tu zamieszczać. Powiem tylko tyle, że dopiero w ich towarzystwie rozluźniliśmy się...
A oto osoba, która ten ślub "wykrakała" już w maju, kiedy przywitała nas słowami "szczęść Boże młodej parze" :D i oczywiście została naszym świadkiem - Diabeł we własnej osobie ( prezentująca typowe "diabelskie" akcesoria ;)))
Nocy poślubnej nie było, gdyż na skutek nocy "przedślubnych" i panującej pogody obydwoje w dniu ślubu byliśmy "nafaszerowani" wszelkimi możliwymi świństwami i remediami ( co często oznacza jedno i to samo ;]) na przeziębienie. Powiem tylko tyle, że przez kilka następnych dni chorowaliśmy w dwójnasób (mnie zresztą do tej pory nie przeszło :( ) Część II - A potem... Potem były święta. Wigilia w niedzielę u rodziców. Zjawiliśmy się u nich w sobotę przed i mamuśka zarządziła, że trzeba wreszcie i na dobre przenieść dziadka z mieszkania, w którym mieszkał do tej pory, do mieszkania rodziców. Jak się później okazało przeprowadzka była dokonana na "ostatni dzwonek" ponieważ dziadek w sobotę poczuł się źle, a w niedzielę było u niego 2 razy pogotowie i w ostatecznym rozrachunku znalazł się w szpitalu z objawami ciężkiego niedożywienia. Niestety tak bywa kiedy z powodu wieku ktoś odżywia się prawie tylko i wyłącznie środkami na przeczyszczenie, zaniedbując całkowicie inne jedzenie posiadające wartości odżywcze. Na szczęście w chwili obecnej, po ponad dwóch tygodniach w szpitalu i miesiącu na wikcie mojej mamy, dziadek wraca do zdrowia. Jak widzicie Święta nie były zbyt wesołe gdyż akurat wtedy ważyło się dziadkowe być albo nie być. Zaraz po świętach pojechaliśmy na trzy dni ( z czego prawie dwa spędziliśmy w podróży ) do rodziny Brzydala. Spędziliśmy u nich tylko dwa wieczory, gdyż dzień środkowy został przeznaczony na wyjazd do "cholernego końca piekła" i załatwianie niektórych spraw urzędowych. Do domu wróciliśmy bardzo wczesnym rankiem ( godzina 1 z minutami), przespaliśmy się nieco, zrobiliśmy zakupy i odebraliśmy gościa sylwestrowego, który miał u nas nocować. Oczywiście odbyły się "nocne Polaków rozmowy" w czasie których poszły trzy butelki wina. A na następny dzień był... Część III - Sylwester Znowu zjechało się mnóstwo osób. Bawiliśmy się wszyscy tam gdzie Diabeł mówi dobranoc, czyli u naszej świadkowej. Panowie pod krawatami, panie w sukniach wieczorowych... wszyscy wyglądaliśmy rewelacyjnie. A na dodatek Diabeł stwierdziła, że to poniekąd nasze wesele i zmusiła nas do pierwszego tańca
Humory dopisywały, więc nie obyło się bez przebieranek ( i niech ktoś mi powie, że Brzydal nie jest brzydalem ;))))
Jeden kolegów tak dobrze się bawił, że zgubił swoją sztuczną szczękę i potem modlił się do bogów wszelakich o jej zwrot ( sorry Tark, ale MSPANC)
Zabawa skończyła się bladym świtem. I chyba nikt nie wzywał O'Boga Kaca choć alko poszło bardzo dużo. Część IV - styczeń i część lutego. Przez pierwsze dziesięć dni stycznia cieszyliśmy się nadal obydwoje "wolnością" Brzydalową, bo jak wracałam do domku, to T. czekał zawsze z obiadkiem, było sprzątnięte i mogliśmy wieczorami siedzieć sobie i robić różne miłe rzeczy. Niestety to dobre skończyło się w chwili, gdy okazało się, że T. znowu musi jechać na "stare śmieci', by zacząć załatwiać formalności związane ze sprzedażą domu i spłatą zaciągniętego na ten dom kredytu. Udało nam się o tyle, że połączyliśmy ten wyjazd z chrzcinami jego siostrzenicy i spotkaniem (przepraszamy, że takim krótkim) z warszawskimi forumowiczami. Do domu znowu wróciliśmy bardzo późno w nocy lub bardzo wczesnym rankiem - zależy jak na to spojrzeć (cholerny Pekap). A potem T. zaczął pracować i nasz dzień wygląda mniej więcej tak: 5.40 - pobudka, robienie śniadania, kawy i kanapek do pracy dla T. 6.25-6.30 - wyjście z domu 6.40-7.30 tramwaj ( na szczęście jeden o ile przyjedzie :]) i wspólna jazda do pracy. W tym momencie ja się przesiadam na wieprzowóz (ukłony w stronę wampira Woydzia) a T. jest parę kroków od siedziby swojej firmy. 8-17 praca Mała siurpryza gwoli wyjaśnienia: tak, dzięki mojej "cudownej, kochanej i wspaniałej" koleżance firma pracuje w godzinach 8-17. Tak mieszała i mąciła, że zamiast tylko przesunąć godziny pracy na te pomiędzy 8 i 16, spowodowała, że otwarte jest o godzinę dłużej, a my teoretycznie zmieniamy się co drugi tydzień, w taki sposób, że jedna przychodzi na 8 a druga godzinę później i każda z nas ma siedzieć 8 godzin. Szkoda tylko, że zaraz po wprowadzeniu tych zmian koleżanka poszła na tygodniowy urlop, po którym nie wróciła, bo się rozchorowała. Efekt jest taki, że : jeden tydzień chodziłam na 8 i do 17, z własnej nieprzymuszonej woli, bo w okolicach godz. 8 mam lepsze połączenie kompromitacją publiczną (dlatego wogóle postulowałam o zmianę godzin pracy firmy), a następne dwa dlatego, że koleżanki w pracy nie było a firma musiała być otwarta :] 18.30-19 (czasem później) - mój powrót do domu. Często, gęsto T. jeszcze nie ma. Zaczynam robić obiad. Wraca T. i zjadamy to, co upichciłam. Jak kończymy jest zazwyczaj 20-20.30 20.30-23 - czas na "życie", czyli popatrzenie sobie w oczy ;), porozmawianie i opowiedzenie, co się wydarzyło w ciągu dnia, pooglądanie czegoś, itp. 23 - ablucje wieczorne i sen. Tak nasz dzień na ogół wygląda. I choć teoretycznie Brzydal pracuje w godzinach 8-16 i powinien być wcześniej niż ja w domu, to takie coś zdarzyło się przez ten miesiąc tylko parę razy. Niestety godzina 19.30-20 jest najczęstszą godziną jego powrotów. A zdarzyły się i późniejsze. Tak jak chociażby dziś. Brzydal jest w chwili obecnej w Warszawie, w pracy, i wróci nie wiadomo o której. Jak na razie to jedyny minus jego pracy. Plusy są następujące: lubi to, co robi; pracujemy w miarę blisko siebie, dzięki czemu rano możemy razem jechać do pracy; już jest pewne, że będzie miał przedłużoną umowę i będzie samodzielnym montażystą. Co do kassy, którą będzie zarabiał na razie nic nie wiadomo. Tzn. wiadomo tyle, że wynagrodzenie za pierwszy, próbny miesiąc nie będzie za ciekawe. Poza tym znowu go muszę pochwalić. Zrobił nam szafki do kuchni. Po pracy! Naprawdę podziwiam, że jeszcze mu się chciało. Nawet jednego wieczoru byłam na niego zła, że nie posłuchał moich namów w stylu "daj sobie już dziś spokój, odpocznij dzisiaj trochę, szafki nie uciekną"... I tak oto zleciały nam prawie trzy miesiące. Ja tu gadu-gadu, piszu-piszu, a zupka się ugotowała. Szkoda, że na co dzień tak się nie da :( i że trzeba obiadowi więcej czasu, i uwagi poświęcać. PS. Obiecuję, że będę się starać w miarę regularnie coś tu pisać i słać wieści dziwnej treści ;))) o tym, co u nas...
czwartek, 25 stycznia 2007
Do wszystkich czytających...
Obiecuję, z ręką na sercu, że niedługo coś napiszę, i poopisuję co się działo, i dlaczego nic nie pisałam.
poniedziałek, 11 grudnia 2006
Mam urlop!
Tak! Dostałam cały urlop o jaki prosiłam czyli 2 dni przed M-Day i wolne pomiedzy Świętami a Sylwestrem :) Przechytrzyłam koleżankę wysyłając prośbę o urlop bezpośrednio do szefa. Niech koleżanka wie, że to on ( w brew pozorom) tu rządzi :) Rozmowa wyglądała tak : - Czy przeczytał pan? -Tak. -I...? -Oczywiście, że tak. Czy mam inne wyjście? -Ma pan. Powiedzieć "nie' -No chyba pani żartuje! Z powyższej rozmowy morał taki, że czasami szef to też człowiek :) A że czasami ma swoje "ale" to normalna ludzka rzecz. Poza tym do M-Day już tylko 5 dni, nie licząc dzisiejszego :) Żarełko i alko kupione. Kreacje gotowe. Zostało się już tylko czekać na wizytę u fryzjera i udać się do USC. No dobrze, czeka mnie jeszcze gotowanie razem z Maman, ale łojtam łojtam :) To już mały pikuś. I tylko trochę martwię się tym, że coś nas "rozbiera". Chyba trzeba będzie kupić jakieś ferveksy, gripeksy i inne środki tego typu. |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Komiksowo
Wpadam czasami
Zachodzę planowo
|